Kolejny epizod sezonu drugiego tej telenoweli zwanej moim życiem. Tym razem jest to krótka historia więc pokrótce przybliżę ją.
Historia ta rozpoczyna się …Dawno, dawno temu, w czasach spokoju i względnej nudy. Czasy te datowane są jako "przed narodzinami dzieci". Miałem w ręku kawałek plasteliny, żona okupowała komputer1), a jak wspomniałem dzieci 2) jeszcze nie było. Brak książek na półce do przeczytania3). No i strasznie długi wieczór przede mną. Nuda i nadmiar czasu to nie były jedyne pobudki do upaprania się plasteliną. Głównym czynnikiem, a raczej impulsem zero, było to, że chciałem mieć własnego Smoka. Pomijam, że nie obraziłbym się za żywego4), ale zdają sobie sprawę z tego, że nie jest to łatwe zadanie w naszych czasach. Postanowiłem takiego smoka sobie wyczarować. Jako, że szkołę kończyłem taką zwyczajną i na żadnych innych czarach się nie znałem, to uznałem że plastelina jako materiał magiczny jest w sam raz. Smok mi nie wyszedł. Zniszczyłem embrion smoka zanim jeszcze powstał projekt jego całego. Ale za to narodził się Kowal o to była postać. Umięśniona, naga, z przyrodzeniem na wierzchu, młotem w ręku... Dumny byłem z mojego pierwszego dziecka. Jeszcze tego samego wieczoru powstał Mag. Niestety z tamtych postaci i dni zostały tylko elektroniczne wspomnienia. Zarówno Kowal jak i Mag poddali się cieplarnianemu wpływowi naszej atmosfery i trochę się zdeformowali... Tak więc stwierdziłem, że plastelina jest jak sztuczny ogień. Ładne z tego wychodzą rzeczy, ale dość nie trwałe. Ania powiedziała mi abym spróbował ulepić coś z gliny... to było to...
Były to ciekawe czasy kiedy to mieliśmy jeden komputer i mieszkaliśmy z teściami moim, myślę że to jest temat na kolejną opowieść, coś w rodzaju "Starsza Pani Musi Umrzeć"
Czy mówiłem już, że jest to kolejna wersja mojej strony? W oryginalnym tekście o Gilinie było napisane "a dziecka jeszcze nie było" teraz jest "dzieci". Czasy się zmieniają, tałatajstwo się rozmnaża. Ale tak swoją drogą, to tekst pisany był już ponad 9 lat temu :-)
Kolejna nieścisłość: jedna ściana była zawalona książkami i chyba nadal jest. Ale to książki moich teściów i pamiętały jeszcze pewnie drugą młodość Mickiewicza, albo pierwszy zapis w staropolskim. Tak czy inaczej nie było tam nic dla mnie. Zero fantastyki, SciFi lub chociaż współczesnych bajek typu Jonathan Carroll. Czasy Przed Praczetowe
Ostatnio znaleźliśmy z Anią list do Świętego Mikołaja od naszego najstarszego syna (w chwili kiedy przeredagowuje ten tekst ma on 8 lat). Wymienione są tam jakieś rzeczy, prezenty, które chciałby mieć. I jako ostatni punkt listu: "I prawdziwego Dinozaura – zawsze warto spróbować". Coś jednak mam wspólnego z małym ofspringiem.